Marek Bańczyk, "Metropolia"
Miasto to nie jest handlarz gruntami. Zysk miasta nie jest wyznaczany wpływem pieniędzy do kasy. Tak rozumując, równie dobrze można powołać np. komunalne spółki sprzedające cement albo gwoździe i ostatecznie – skomunalizować wszystko.
Czy Kulczykowie zapłacili uczciwą cenę za teren pod Stary Browar w Poznaniu? Pytanie konkretne, gorące i niebezpieczne. Człowiek ciekawy świata palnie coś w ferworze dyskusji i zanim zdąży ochłonąć - już któraś urażona Strona zaciągnie go do sądu. A jak nie strona, to czasem gościnny sąd zaprosi sam do siebie. Takie dywagacje ryzykują tylko głupcy. Mówię to sobie ale nic nie pomaga. Żeby się nie poślizgnąć, wystartuję z poziomu bezpiecznych stwierdzeń niekaralnych (przynajmniej do tej pory) i abstrakcyjnych prawd ogólnych, za które generalnie w Europie się nie morduje.
Ludzie dzielą się na dwie grupy: pogodzonych z dryfem i usiłujących sterować. Nie będę tu ani wyśmiewał tych pierwszych ani podziwiał tych drugich, bo po pierwsze, to tani i nadużywany zabieg, po drugie – i jedni i drudzy mają swoje racje. Ważniejsze, że i jedni i drudzy jeden wspólny cel – nie utopić się. Reszta celów już nie jest wspólna – tym dryfującym wystarczy łagodne kołysanie, ci samozwańczy sternicy, chcą jeszcze dokądś dopłynąć. Nie wiem którego typu ludzi jest więcej, ale wiem, że ta druga grupa, niezależnie od realnych sterniczych umiejętności, ma większy wpływ na losy całych zbiorowości. Sternicy są w końcu bardziej zmotywowani, dryferzy natomiast nie stawiają oporu (z definicji) bo ich własne dryferskie cele i tak zawierają się w działaniach sterników, bez względu na azymut, który zwycięży. Dotyczy to również zbiorowości zwanych miastami. Dla bytu miasta ważniejsza jest wola tych, którym wydaje się, że do czegoś aktywnie dążą, niż spolegliwość tych, którzy maja przyjemniejsze rzeczy do roboty. Akapicik grzeczny i banalny, a jednak potrzebny. W ten bowiem szwejkowski sposób dochodzimy do uzasadnienia odpowiedzi na pytanie: czy w ogóle należy zarządzać miastem? I po co? Nie wszystkim przecież trzeba koniecznie zarządzać i nie każdy musi mieć takie ambicje. A jednak łatwo dowieść, że zarządzanie miastem leży w interesie całej społeczności, bo wszystkim zapewnia możliwość spełnienia jakiś podstawowych potrzeb, a aktywnym i aspirującym daje dodatkowo pewien bonus. Ten bonus to możliwość gry o wyższą stawkę, jeśli tylko uda się uzgodnić wspólny kierunek. A Kulczykowie? Dojdziemy i do nich.
DEFINICJI NIE MA NA NIE: ŻMUDNE MIASTEM ZARZĄDZANIE
Żyjemy w epoce olbrzymiej popularności rozmaitych „zarządzań”. Pominę więc definicje tego powszechnie obłapianego pojęcia. Krótkiego wskazania wymaga jednak samo „zarządzanie miastem”. Co to niby ma być? Szybkie łatanie dziur na drogach? Zapewnianie ochrony przed bandziorami? Ułatwianie życia niepełnosprawnym? Robienie dobrego wrażenia w kraju i zagranicą? Gwarantowanie, że nagle nie zbuntują się miejscy lekarze? Że znajdzie się dom dla powodzian i innych ofiar naturalnie tragicznych wydarzeń? Czy zarządzanie miastem to również dbanie by i centralne władze dbały? Żeby się hale nie zawalały a gazy nie wybuchały? Można tak rapować w nieskończoność, i trudno stwierdzić, który wers jest poza zasięgiem pojęcia zarządzanie miastem. A skoro tak, to jak to wszystko realizować? Według jakiej hierarchii? W jakiej kolejności? Kilka pytań powoduje, że zarządzanie miastem, o którym przecież autorytarnie wypowiadają się bez skrępowania wszyscy i kuzyni wszystkich (w tym – niżej podpisany), staje się jakimś koszmarnym splotem nieogarnialnych powinności.
Można łatwo uciec przed takim logicznym koszmarkiem. We wszystkich przypadkach chodzi o tworzenie rozmaicie definiowanej wartości miasta. To jest istotą miejskiego zarządzania. Żeby można zarządzać, trzeba najpierw ustalić jakiś wskaźnik lepszości lub „gorszości”, funkcje celu, kategorię, w której mierzymy czy działanie idzie w dobrym kierunku czy złym, co idzie lepiej, a co gorzej. W zarządzaniu klubem piłkarskim, taką kategorią są np. punkty w meczach ligowych. W działalności gospodarczej, wbrew wzruszającym manifestom etyczno-piarowskim firm, ostatecznym wymiarem skuteczności zarządzania jest najczęściej suma pieniędzy zarobionych za czysto w założonym okresie. Zarządzanie miastem opiszemy zaś łatwo i pojemnie, jako celowe i skoordynowane działania nakierowane na zapewnienie miastu per saldo maksimum korzyści. Tylko jak je mierzyć? W większości zjawisk społecznych pojawiają się problemy z mierzeniem wartością. Taki charakter ma właśnie miasto, zjawiska ze zbioru kultura lub środowisko naturalne. Wszyscy czują, że jest w nich wartość, ale sensowne metody badań i pomiaru tej wartości są nadal w stadium testów i udoskonalania. Brak rozeznania w tych metodach powoduje, że w powszechnym obiegu czyli w urzędach miast, instytucjach kultury czy parkach naturalnych wciąż walczą dwa dominujące syndromy określania wartości. Ich opis jest kluczowy dla analizy głośnych sporów, takich jak ten o Kulczykpark.
ROZWÓJ WTEDY JEST PRAWDZIWY KIEDY KASJER WIDZI WPŁYWY
Pierwszy syndrom wartościowania najlepiej oddaje stwierdzenie: w każdej instytucji naprawdę liczy wpływ do kasy. Między miastem a np. wielką fabryką nie ma w tym ujęciu wielkiej różnicy. Sprawność zarządzania rozumiana jest jako zapewnianie maksymalnych wpływów pieniężnych tu i teraz. Na poklask zasługuje też unikanie wypływów z kasy na wszelkie zadania publiczne do których realizacji można przekonać lub zmusić prywatne podmioty. Typową sytuacją są więc rozmaite oferty warunkowe i wiązane wobec inwestorów oraz wysublimowane gry strategiczne prowadzące do zaangażowania maksimum prywatnych pieniędzy w publiczne zadania. Dostaniecie działkę, ale wybudujcie nowy pas drogi i przejście podziemne. Pieniądze, podobnie jak w przeciętnej firmie, przeznacza się tylko na sprawy konieczne. Cele priorytetowe to przede wszystkim różnego typu naglące naprawy i modernizacje, oraz odnawianie zasobów użyteczności publicznej: dostawy nowych pojazdów dla komunalnych spółek komunikacyjnych, przebudowy przystanków autobusowych, dworców przesiadkowych itp. Słowem – liczy się wszystko, co trwałe, fizykalne, księgowalne. Zarządzanie miastem zbliżone jest wtedy do zarządzania backendowymi funkcjami przedsiębiorstwa, np – magazynem i logistyką, czyli: bez problemów i zastojów, solidnie, ale nigdy powyżej standardu. Miasto uważa się za zarządzane dobrze, gdy ma wysokie dochody i potrafi solidnie realizować swoje podstawowe zadania (zwłaszcza – twarde, infrastrukturalne) przy jednoczesnym wykorzystaniu prywatnych inwestorów czyli – przy jak najmniejszym zaangażowaniu miejskiego budżetu.
Sprowadzanie zjawisk społecznych do namacalnych, towarowych oraz utożsamianie wartości dla miasta z wysokością wpływów do kasy urzędu miasta powoduje, że syndrom ten nazwiemy w skrócie OBSESJĄ KASJERA. Obsesja taka najczęściej atakowana jest przez zwolenników innego skrajnego podejścia. Ten drugi syndrom w praktyce funkcjonowania polskich miast ma póki co mniejsze znaczenie, jest za to popularny w kręgach opiniotwórczej inteligencji, szczególnie – w krajach europejskich o silnej tradycji dominacji państwa. Istotą owego drugiego syndromu wartościowania jest dyskredytowanie materialno-finansowego podejścia, jako nieadekwatnego, prymitywnego a nawet – wysoce szkodliwego w odniesieniu do analizy życia społecznego. Nie tylko kategorie pieniężne, zysk czy przepływy finansowe, ale w ogóle kategorie ekonomiczne są w tym podejściu odrzucane a priori. Wartość w zjawiskach o charakterze społecznym uważana jest za zasadniczo UNIKALNY I INTEGRALNY TYP wartości, nieporównywalnej z niczym innym i absolutnie nieprzeliczalnej na pieniądze. Radykalne wersje tego syndromu odżegnują się nawet od jakiejkolwiek próby liczbowego ujmowania wartości społecznych a nawet – od wszelkich prób ich mierzenia. Wartości społeczne oraz inne typy wartości dominujące w tym systemie (kulturalne, artystyczne, edukacyjne itp.) są nawet często przeciwstawiane wymiernym wartościom finansowym czy ekonomicznym i gloryfikowane jako przykład jedynych czystych doskonałości na tle przyziemnej technokratycznej atrapy.
MENTOROWI NIE BRAK RACJI ALE BLISKI JEST ABSTRAKCJI
Spektrum znaczeń owych abstrakcyjnych kategorii wartości społecznych, kulturalnych i innych jest bardzo rozległe, a definicje – często dość niefrasobliwe. Nie mają zresztą zasadniczego znaczenia. Najistotniejszy jest tu bowiem sprzeciw, graniczący czasem z wrogością, wobec finansowej, ekonomicznej czy nawet liczbowej analizy wartości społecznych. Ten syndrom wartościowania nie jest czystym zaprzeczeniem obsesji kasjera ponieważ w miejsce kontestowanego wąskiego podejścia finansowo-magazynowego nie proponuje się żadnego kontrmodelu. Konsekwencje tego ujęcia dla zarządzania miastem są bardzo rozległe. Już samo „zarządzanie” bytem miejskim jest przez zwolenników tego syndromu widziane niechętnie ze względu na zbytnią bliskość z terminologią ekonomiczną. Używa się raczej określeń „współtworzenie”, „dbanie”, „obywatelska posługa” itd. Szczególne znaczenie ma „czuwanie” nad sferą rozwoju przestrzennego miasta, często rozumiane jako na poły kapłańska czy pół-boska zwierzchność nad kształtem i rozmieszczeniem każdej bryły wznoszonej w mieście. W tym miejscu występuje często sytuacja paradoksalna ponieważ najbardziej gorliwym piewcom wartości społecznych i aktywności obywatelskiej często istotnie przeszkadzają spontaniczne, oddolne inicjatywy, które niekoniecznie wpisują się w ustaloną przez elity wizję doskonałego miasta.
Generalnie, za miasto dobrze zarządzane w omawianym systemie uważa się takie, w którym spontaniczne przejawy aktywności społeczności miejskiej i cały żywioł miejski jest podporządkowany realizacji nadrzędnej wizji miasta wykreowanej i ściśle kontrolowanej przez oświecone elity. Dobrze zarządzane miasto to również takie, w którym twórcy kultury, sztuki czy liderzy innych duchowych dziedzin są objęci rozległym i stałym mecenatem publicznym, niezależnym ani od kaprysów tłumu ani od natężenia własnej aktywności. Wartość miasta w tym paradygmacie można opisać jako wielokształtny zbiór najrozmaitszych przejawów duchowej doskonałości lub dążenia do niej. Jest to zbiór wartości które można tylko pośrednio opisywać, nie można natomiast ani mierzyć ani w ogóle w namacalny sposób weryfikować ich istnienia. Próby takiej weryfikacji są nieodłącznie wykpiwane jako przejawy barbarzyństwa. Rolą zarządzających w tym syndromie nie jest zaś zawiadywanie sprawnością materialnej infrastruktury i mnożenie pieniędzy w kasie miejskiej, tylko kreowanie całościowych planów miasta i dopasowywanie do nich przestrzeni i mieszkańców. Z uwagi na pewną apodyktyczność tego syndromu wartościowania i jego ukrytą pogardę dla spontanicznego żywiołu społecznego, nazwiemy go w skrócie TERROREM MENTORA.
Rywalizacja powyżej scharakteryzowanych syndromów wartościowania jest kluczem do reinterpretacji różnych kontrowersyjnych przypadków z życia polskich miast. Innymi słowy, po teorii czas zając się tutaj naszą zwykłą rzeczywistością dat, prostych faktów i nazw własnych.
KASJER BŁĄDZI, MENTOR ZWODZI, CHOĆ IM O TO SAMO CHODZI
Ocena korzyści i szkodliwości realnych lub potencjalnych biznesików władz Poznania, Wrocławia czy Gdyni z aktualnymi Kulczykami, Czarneckimi, Walterami czy innymi magnatami będzie jeszcze długo w Polsce prowadzona przez pryzmat dominujących syndromów wartościowania: OBSESJI KASJERA, TERRORU MENTORA lub ich potworkowatych wypadkowych. Ludzie wyznający (często – nieświadomie) obsesyjnie kasjerski pogląd na miasto, będą z autentyczną pasją Elliota Nessa tropić wszelkie zbrodnie przeciw potędze kasy miejskiej, przekonani, że cała reszta sytuacji to tylko zasłona dymna. W końcu – potrafią czarno na białym wykazać: miasto straciło konkretny pieniądz. Z kolei uduchowieni, tęskniący za elitarnością (ostentacyjni lub zawoalowani) rzecznicy terroru wizji mentorskiej, w każdym przypadku przejmowania przestrzeni miejskiej przez sektor prywatny dopatrywali się będą upadku idei, kupcostwa, barbarzyństwa i generalnego dowodu spsienia świata.
Między obsesją kasjera a terrorem mentora nie ma żadnej równowagi, żadnego remisu skrajności, z których wyjściem rozsądnym jest jakiś przepiękny kompromis, uczesany, ładny i europejski. Oba syndromy są w gruncie rzeczy spowinowacone i oba są złe, jeden (kasjer) jest wadliwy, drugi (mentor) jest oszukańczy. Mają za to wspólny, dobry wzór. Można powiedzieć, że są jego odbiciami, tyle, że w innych zwierciadłach.
Istnieje pewien rozsądny zestaw metod wartościowania dóbr i zjawisk nieproduktowych czy nie-rynkowych. Najczęściej posługuje się on pojęciem korzyści społeczno-ekonomicznych. Pisząc w największym skrócie, w metodach tych wartość nie jest ani sprowadzona do zysku finansowego ani ukryta w abstrakcji nieopisywalnych poziomów duchowych. Jest wielkością jednorodną, ale wyrażaną z konieczności w różnych jednostkach i układach odniesienia. Jeżeli tylko można, wszelkie strumienie wartości społeczno-ekonomicznych wyraża się w pieniądzu i nie dowodzi to żadnego upadku ideałów, tylko umożliwia porównanie jednych korzyści z innymi. Jeśli to niemożliwe, mierzy się wszelkie przejawy – zasięg i siłę interakcji odbiorców z wartościowanym dobrem czy zjawiskiem.
A wszystko to dlatego, że nie wszystko (niestety) można kupić i sprzedać na wolnym rynku. Miasto nie jest firmą. Miasto nie jest produktem. Nie kupuje się ani samego miasta ani jego najważniejszych elementów: tożsamości, prestiżu, jakości życia, klimatu, geografii, historii, bywalców knajp czy kościołów, zgiełku ani mitu. Ani nawet jego zabudowy przestrzennej czy lokalnych cech języka, obyczajów, zachowań. Ale z drugiej strony, to że nie ma takich transakcji nie świadczy o braku wartości tych elementów i ich kombinacji. Istnienie wartości pozatransakcyjnej wielokrotnie udowodniono, opracowano nawet metody, żeby ją mierzyć. W pieniądzu. Każda z głównych czterech metod jest inna i każda jest niedoskonała. Pozwalają jednak zaryzykować ocenę sprawy Kulczykparku. Przynajmniej – w kategoriach tworzenia ekonomicznych korzyści dla miasta, ale to nas chyba najbardziej zajmuje. Względy formalne, proceduralne itp. zostawiam kolegom z magazynów prawniczych.
BILANS MÓWI CAŁKIEM JASNO, BY SIĘ KASJER W GŁOWĘ TRZASNĄŁ
Sprawa Kulczykparku rozpatrywana tak, jak dotychczas, czyli w zdeformowanych ramach syndromu OBSESJI KASJERA lub TERRORU MENTORA jest nie do rozwiązania. Terroryści mentorscy będą ogólnie piętnować oddawanie w prywatne ręce wszystkiego od slumsów miejskich po cudowne przestrzenie parkowe. Z kolei twardo stąpające po ziemi zastępy obsesyjnych kasjerów, przeliczą utracone 7 milionów złotych na najrozmaitsze alternatywne wykorzystania i pozostaną zaciekle żądni ukarania marnotrawstwa miejskiego. Zawsze będą mieli niezniszczalną wyliczankę kasjerską: no to tym bardziej miasto mogło zażądać 13 mln, albo więcej, skoro to taki sukces. Poza tym, jest warte 13, sprzedali za 6, czyli 7 milionów my wszyscy poznaniacy straciliśmy NA PEWNO. Skandal. Musi być kara i dla Kulczyka i dla Grobelnego spowodowanie milionowych strat miejskich.
Trudno zbić taką argumentację. Jeśli uwierzyć, że Kulczyk przystałby na ostro postawioną cenę 12 mln zł. (co nie jest wcale pewne), reszta wyliczenia jest logicznie niepodważalna. Utracono 7 milionów realnych i dzisiejszych złotych w kasie miasta. W jakiejś skali porównawczej to pewnie i mało, ale a końcu – przy dzisiejszym kursie - prawie 3 mln dolarów. Skoro liczby, to liczby. Sięgnijmy pobieżnie do metod wyceny wartości społeczno-ekonomicznej. Oto uproszczony bilans. Społeczność miejska poniosła koszt: 7 mln zł. Społeczność miejska odniosła korzyść: 823 - 908 mln zł.
I taki jest OBIEKTYWNY koniec analizy tego przypadku. I nie ma tu pola do relatywizacji czy pośrodkowania. Tu nie ma nawet o czym rozmawiać. Nie trzeba nawet powoływać się na wzrost wartości Poznania w różnych kwantowych dziedzinach, typu: JEST IKONA nowoczesnej architektury/lub NIE MA. Można oszczędzić wyliczanki wszystkich wyróżnień branżowych czy architektonicznych, nagród i dowodów najlepszości Browaru. Można też ostentacyjnie jako bonus traktować całą nową konstelację zdarzeń kulturalnych organizowanych czy to przez Fortis czy – szczególnie - Kulczyk Foundation. A jest to temat na inną publikację, zwłaszcza, że mieście, emmm, tradycyjnie nie narzekającym na przygniatające w swej intensywności kaskady wielkich imprez kulturalnych ta roczna seria kilkudziesięciu nowych akcji zrodzonych na terenie lub z inspiracji operatorów Browaru w niektórych kategoriach właściwie podwoiła nasz potencjał kulturalny. Naprawdę, szkoda słów.
Środowisko Konsorcjum METROPOLIA POZNAŃ w ogóle i niżej podpisany w szczególności wielokrotnie eksponowało krytyczny stosunek do działań i wizji prezydenta Grobelnego i jego niektórych współpracowników. Nierzadko dochodziło do ostrych sporów i pewnie nie raz jeszcze dojdzie. Wobec zarzutów prokuratorsko-sądowych ciążących na prezydencie nie zajmujemy stanowiska ani publicznie ani prywatnie, bo nas takie nudne rzeczy zupełnie nie interesują. Niemniej, gdy publicznie pojawiają się zarzuty, że Grobelny zaniżył cenę gruntu pod Browar, w wyniku czego miasto ekonomicznie straciło, musimy zareagować równie ostro. W wymiarze społeczno-ekonomicznej wartości dla miasta nie ma wątpliwości, że akurat takie zarzuty wobec Grobelnego czy Kulczyków nie tylko mijają się z prawdą, są one czystym i radykalnym zaprzeczeniem prawdy. Miasto per saldo nie tylko nie straciło, lecz wręcz zyskało. Co więcej – osiągnięty zysk społeczny jest rekordowo wysoki. Jeśli nawet stracono 7 mln, to zyskano ostrożnie licząc 120 razy więcej.
Przypadek Kulczykparku zamienionego w Stary Browar bardzo przejrzyście wyjaśnia, dlaczego syndrom obsesji kasjera powinien być wyeliminowany z zarządzania miastem. Miasto to nie jest handlarz gruntami. Zysk miasta nie jest wyznaczany wpływem pieniędzy do kasy. Korzyści społeczno-ekonomiczne mają trafiać do mieszkańców a nie – do skarbca urzędu. Rola urzędu miasta nie polega na nabijaniu przychodów własnych. Tak rozumując, równie dobrze można powołać np. komunalne spółki sprzedające cement albo gwoździe i ostatecznie – skomunalizować wszystko. Wtedy, to by dopiero były wpływy do kasy! Rola urzędu miasta nie powinna koncentrować się na wyciskaniu maksimum środków z partnerów prywatnych, zwłaszcza, jeśli są to jednocześnie mieszkańcy miasta. Z punktu widzenia TWORZENIA WARTOŚCI MIASTA, a do TEGO WŁAŚNIE powołany jest Prezydent, sprzedaż Kulczykparku była wręcz szokująco korzystna, i taryfy za kwalifikacje takich czy innych gruntów nie mają tu żadnego znaczenia. Żadnego. Zresztą, miasto wyszłoby na wielki plus nawet gdyby Kulczykowie dostali grunt ZA DARMO. Więcej - gdyby Grobelny miał DOPŁACIĆ z publicznych pieniędzy Kulczykom za przejęcie gruntu i stworzenie Browaru, to nawet przy miejskiej dopłacie rzędu 50 mln zł byłoby to strategicznie wciąż bardzo wartościowe rozwiązanie. Taki strzał zdarza się raz na długi czas. To pierwszy poznański flagowy obiekt od czasu uruchomienia MTP. Tu trzeba czegoś więcej niż zmontowania złotówek z kasy. Trzeba kombinacji pasji, rozległych horyzontów myślowych i piekielnej wytrwałości, wizji i woli. Tego nie kupi żaden przetarg.
Rozumiem, że w obliczu przedstawionych obliczeń, najtwardsi kasjerzy i tak nie zmienią zdania, tylko np. treść zarzutów. Udowodnią, że 823 mln nowej wartości w mieście, to skandal – w końcu mogło być aż 828, tylko Grobelny zaniżył cenę itd., znany refren. Kasjer łatwo nie odpuści, w końcu, obsesja, to obsesja. Grobelny zdąży zrobić jeszcze siedem tysięcy rzeczy dużo głupszych i dużo mądrzejszych, a i tak powróci śpiewka – a gdzie nasze 7 milionów... Nawet jednak tak twardogłowi kasjerzy muszą zrozumieć, że istniało prawdopodobieństwo, że Kulczykowie tych dodatkowych milionów by NIE zapłacili, co więcej, że daliby się z Poznania wyprosić i wybudowaliby Browar np. we Wrocławiu. Oznaczałoby to utratę przez Poznań ponad 800 milionów bezpośrednich korzyści dla mieszkańców i unikalnego mechanizmu tworzenia wartości dla miasta. Ciekawe, który z dzisiejszych tropicieli niegospodarności browarowej potrafiłby wziąć odpowiedzialność za taką katastrofę. Chyba, że właśnie o to niektórym chodziło…